Nasza Sokółka

miasto wielu kultur

Mierzyli siły na zamiary. Zagadkowe zaginięcie „Polonii”

Trzeba mi wielkiej wody,
tej dobrej i tej złej. Na wszystkie moje pogody, i niepogody duszy mej — trzeba mi wielkiej psoty, trzeba mi psoty, hej… Na wszystkie moje tęsknoty, ochoty duszy mej. Wielkich wypraw pod Kraków, długich rozmów rodaków, wysokonogich lasów i bardzo dużo czasu Agnieszka Osiecka
Tragedia wydarzyła się na przełomie 1969 i 1970r. i nie jest bliżej znana. Jednostka nosiła nazwę „Polonia” i stanowiła własność przebywających od paru lat za granicą polskich żeglarzy, braci bliźniaków.

Ziemia grodzieńska wydała na świat wielu wybitnych Polaków, którzy rozsławili nasz kraj i weszli do historii Polski, Litwy i Białorusi. Swojsko brzmiącym nazwiskiem na naszej ziemi jest niewątpliwie nazwisko Ejsmont, tym bardziej że mamy Wielkie i Małe Ejsmonty. Sam osobiście znam kilkoro Ejsmontów, którzy są bardzo różni, ale łączy ich jedno — na swój sposób są wyjątkowi i niepowtarzalni. Przyznam, że wcześniej nie słyszałem o braciach Ejsmontach, którzy chcieli podbić świat. Niedawno miałem okazję zapoznać się z ich wujkiem Antonim Ościełowiczem z Kamionki Starej k. Sokółki, dzięki któremu mogę Szanownym Czytelnikom przedstawić los naszych rodaków.
Widocznie to, że nasi bohaterowie urodzili się nad Niemnem, nad rzeką, którą tak wielbiła Eliza Orzeszkowa w swojej twórczości, która stała się świadkiem wielu wydarzeń historycznych, a wpada do Bałtyku, od dzieciństwa marzyli o oceanach. Jak to w rodzinach kresowych się zdarzało, przesunięcie granic, wojna, zmieniały losy ludzi tu mieszkających. Tak się stało w przypadku naszych Ejsmontów, którzy z krainy nadniemeńskiej przenieśli się do krainy jezior mazurskich. A tam tylko ręką podać do Bałtyku i świat wielkiej wody stoi otworem.
Urodzeni w Grodnie, Piotr i Mieczysław Ejsmontowie, dorastali w Węgorzewie. Ich ojciec Józef pochodził z Wielkich Ejsmontów. Od najmłodszych lat żeglowali po mazurskich jeziorach, ale marzyły im się oceany. Po ukończeniu szkoły podstawowej chcieli się kształcić dla morza. Mieli jednak pecha. Próbowali szczęścia w technikum w Darłowie — nie wyszło, technikum rybołówstwa w Giżycku — nie spełniło ich oczekiwań, do PSM w Gdyni — nie przyjmowano bez matury, kurs marynarski, na który się w końcu zapisali — został odwołany. Udało im się jednak wtedy zakosztować morskiej żeglugi. Pływali na „Zawiszy Czarnym”, „Janku Krasickim”, „Henryku Rutkowskim”. Zdobyli dyplomy sterników morskich, i pewność, że bez morza żyć nie mogą.
Tymczasem jednak musieli powrócić do Węgorzowa, gdzie za namową ojca-kolejarza, podjęli pracę w kasie PKP. Wspólnie — nigdy się nie rozstawali! — sprzedawali bilety na bodaj cztery pociągi, które przejeżdżały przez tę stację. Mieli dużo wolnego czasu, więc czytali Londona, „Robinsona Cruzoe”, „Wyspę skarbów”, opowieści Tyszki, wymyślali trasy swoich przyszłych rejsów i marzyli o „niedźwiedzim” mięsie”.
W pierwszych latach po wojnie na całych Mazurach żeglowanie odbywało się na zasadzie wielkiej improwizacji. Nie było przystani, jachtów, klubów, instruktorów, przepisów bezpieczeństwa — otoczki towarzyszącej dzisiejszemu uprawianiu sportów wodnych. Dzięki temu, być może, Ejsmontowie pływali ile chcieli i na czym tylko mogli. Okrętami, które wiozły ich wówczas w dalekie światy były poniemieckie barki, stare łodzie rybackie, tratwy zbite z desek i powiązane linami.
Mama, śp. Jadwiga Ejsmont (zmarła w 2004r.), mimo upływu lat wciąż czekała na powrót synów, wspominała.
– Moi synowie byli wysocy, dobrze zbudowani. Tak podobni do siebie, że nauczyciele często ich mylili. Jeden narozrabiał, obwiniano drugiego i odwrotnie. Wreszcie Piotrek wstawił sobie złotą plombę i odtąd było wszystko w porządku.
Pod koniec lat 50. Ejmontowie zamieszkali w Gdyni. Bliźniacy na początek prawdziwego, męskiego życia — desperacko uprowadzili jacht. We wrześniu 1959r. przyjechali do Szczecina i wypożyczyli łódkę z tamtejszego klubu LPŻ. Była to szcześciometrowa jolka o nazwie “Powiew”, której całym wyposażeniem był stary kompas i jedna mapa morska. Wyruszyli nią do Świnoujścia, ale w zamiarach mieli podróż… dookoła świata. Pierwsza z morskich wypraw szalonych braci stała się wkrótce głośna. Ejsmontowie zdołali zmylić pogonie straży granicznej, i podczas burzliwej nocy pożeglowali na pełne morze. Cudem udało im się dopłynąć do brzegów Bornholmu (wyspa duńska na Morzu Bałtyckim — red.), gdzie wzbudzili nie lada sensację. Wyjaśnili, że nie chodzi im o azyl. Proszą tylko o zapas jedzenia, bo — prymus się przewrócił i zniszczył im zapasy (kilogram cukru i dwa bochenki chleba), a chcą jak najszybciej kontynuować rejs. Zgłosili się do polskiego konsulatu z prośbą o pomoc. Podstępem zwabiono ich na polski statek, nałożono kajdanki i deportowano do kraju.
Braci Ejsmontów oskarżono o porwanie jachtu, o ucieczkę z Polski. Zatrzymano ich na pół roku aresztu. Z Węgorzowa zaczęły nadchodzić listy błagalne od rodziny, przyjaciół, Klubu Morskiego, w których proszono o zrozumienie marzycieli — nie zrobili nic złego, tłumaczono ich wyczyn młodością i gorącymi głowami. Podczas rozprawy odważni marzyciele prosili tylko, aby im nie odbierano kart żeglarskich. Sąd okazał się wyrozumiały. Mietek i Piotrek powrócili do domu. Ojciec znalazł im pracę, lecz czuli się jak psy uwiązani na smyczy. Ciągle marzyli o wyprawie na wielką wodę.
Dopiero w wojsku poczuli się w swoim żywiole, bowiem trafili do Marynarki Wojennej, do 9 Flotylli Obrony Wybrzeża na Helu. Po odbytej służbie, zostali w Gdyni. Z czasem zapomniano o ich wyczynie, wtedy zostali kapitanami niewielkich jednostek. Myśl o podróży dookoła świata nie dawała im spokoju.
W lipcu 1965r. Piotr i Mieczysław, niezależnie od siebie, zeszli na ląd w Kopenhadze. Tu zwrócili się do Duńczyków o azyl polityczny – chcieli żeglować na wolności bez żadnych przeszkód.
Żeby spełniło się ich marzenie, musieli pracować po 12 godzin w duńskich fabrykach. Wreszcie jesienią 1966r. mogli pozwolić sobie na kupno kadłuba, a potem osprzętowania. Swój statek nazwali “John” na cześć prezydenta amerykańskiego Johna Kennedy’ego, którym byli zafascynowani. W następnym roku wyruszyli do Ameryki, kierując się na Kanał Koloński. Niestety mieli zderzenie, dlatego ta podróż była krótka. Po uzyskaniu odszkodowania, mogli zacząć myśleć o kolejnej wyprawie. Dzięki pomocy finansowej ciotki z Ameryki i Polonii amerykańskiej kupili nowy jacht, który ochrzcili “Polonią”. Na jego rufie powiewała biało-czerwona bandera.
Dopiero latem 1969r. wyruszyli w podróż dookoła świata — chcieli to zrobić dla swojej ukochanej Polski, aby była z nich dumna.
Z wyprawy pani Jadwiga, siostra Antoniego Ościełowicza, otrzymała zaledwie kilka listów. Synowie jej pisali, że Bóg i Neptun są dla nich łaskawi. Jak każda matka martwiła się o nich, wierzyła, że marzenie jej synów się ziści, stało się inaczej. Państwo Ejsmontów przez całe swe życie czekali na swoich bliźniaków.
***
Podróż braci bliźniaków, urodzonych w Grodnie, którzy dorastali w krainie Mazur, szerokim echem odbiła się na świecie.
W kaplicy księży polskich paulinów w Buenos Aires poświęcono im tablicę pamiątkową, w Węgorzewie 12 lat temu, na czterdziestolecie Klubu Morskiego, podobną tablicę ufundowali jej członkowie, a alejkę, prowadzącą do portu, nazwano ulicą Ejsmontów. Każdego roku we wrześniu odbywa się w Węgorzewie Memoriał o Puchar Braci Ejsmontów, na którym gromadzą się setki żeglarzy i ich wielbicieli.
Henryk Wyszyński, ówczesny dyrektor Polsko-Amerykańskiego Komitetu Emigracyjnego, który współpracował przy organizacji tournee Ejsmontów powiedział: “
Ejsmontowie reprezentują potężny kapitał, nadający się do spożytkowania przez młode pokolenie. Działają bowiem na wyobraźnię… Oni dawali coś, co nie jest tak łatwo spotkać w dzisiejszym życiu”.
Warto, aby młode pokolenie Polaków Grodzieńszczyzny wierzyło we własne możliwości i to, że świat stoi przed nimi otworem, a za przykładem Mieczysława i Piotra Ejsmotów byli pewni, że marzenia się spełniają, trzeba tylko dążyć do obranego celu.
W chwili zatonięcia załogę “Polonii” stanowiło trzech młodych ludzi: właściciele jachtu, wytrawni żeglarze, 29-letni bliźniacy Piotr i Mieczysław Ejsmontowie, oraz niespełna 22-letni Wojtek Dąbrowski, pochodzący z rodziny od dawna osiadłej w Argentynie. Bracia kontynuowali podróż dookoła świata, rozpoczętą maleńkim jachtem “John II” którym brawurowo przepłynęli z Europy do USA. Dzięki pomocy Polonii udało im się tu uzyskać większą jednostkę, którą następnie przybyli do Buenos Aires. Dla Dąbrowskiego rejs “Polonią” był żeglarskim debiutem, a zarazem nagrodą za wyniki na uniwersytecie. Ejsmontowie, po przybyciu do Rio, gdzie nikogo nie znali, a bardzo potrzebowali pomocnej dłoni, zatrzymali się w gościnnym domu Dąbrowskich. Wojtek miał im towarzyszyć w opłynięciu sławnej Skały. Planowali bowiem opłynięcie Przylądku Horn via Cieśniny Drake a i Magellana i powrót do Buenos Aires.
“Polonia” braci Ejsmontów nie była pierwszym polskim jachtem zaginionym bez wieści na oceanie. Wcześniej inny znakomity żeglarz, pierwszy Polak, który samotnie przepłynął Atlantyk w 1959r. — Krzysztof Grafowski, zaginął bez śladu na środkowym Atlantyku.
Krzysztof Grafowski należał do światowej czołówki jachtmenów. Polski inżynier, były lotnik RAF, który po wojnie pozostał w Anglii, a następnie przeniósł się do USA, poświęcił się bez reszty żeglarstwu. W różnych rejsach i na różnych jachtach przebył wiele dziesiątków – a może setek tysięcy mil. Był doświadczonym kapitanem i świetnym technikiem. A jednak właśnie on otworzył tragiczną listę Polaków, których jachty z niewiadomych przyczyn nigdy nie osiągnęły celu.
przygotował:
Andrzej DUBIKOWSKI
za: http://by.blox.pl/html/1310721,262146,21.html?156970

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: